Przejdź do głównej zawartości

O Mamie Kwoce i kolorowych kurczakach, cz. 2

         




        Odkąd Mama Kwoka i jej kolorowe kurczęta zaprzyjaźniły się z rodziną mamy indyczki - ich los znacznie się poprawił, było już prawie dobrze. Prawie dobrze, bo dzieci dorastały, stawały się młodziakami i zaczęły zadawać trudne pytania:

- A kim my właściwie jesteśmy, mamo? - zapytały któregoś razu. - Inne kurczaki nas nie chciały, rady gęsi i perliczki w ogóle do nas nie pasowały, ale dobrze się odnajdujemy w zagrodzie indyków. Jesteśmy takie kolorowe, a przecież nie jesteśmy indykami. To kim my jesteśmy?

Mama Kwoka zupełnie nie była przygotowana na takie rozmowy, chciała właśnie pójść na podwórko, pogrzebać w jakichś kamyczkach, zjeść robaczka, pogdakać sobie spokonie... a tu masz ci los! Problemy egzystencjalne młodziaków!

Odpowiedziała nerwowo, że nie jest to moment na takie pytania, bo ma dużo pracy, ale przez kilka dni młode kurczaki nie dawały za wygraną, więc Mama Kwoka postanowiła znowu ratować się poradą u życzliwej indyczki.

- Ratuj! - wygdakała od progu zagrody bez żadnych wstępów. - Kim są te moje kolorowe dzieci? O tygdnia nie dają mi spokoju... a ja przecież nie wiem, kim my właściwie jesteśmy? Jak nie zwyczajnie kurczakami, to ja wiem!

- A nie jesteście zwyczajnie kurczakami? - zapytała indyczka niepewnie.

- Tak, ale to im nie wystarcza. - Mama Kwoka załamała skrzydła w bezradności. - Chcą wiedzieć, co to oznacza, o co chodzi w naszym życiu... Ty jesteś taka mądra! Na pewno to wiesz, powidz mi, błagam, o co chodzi w tym naszym życiu?

- Hm... - mama indyczka zmyśliła się na chwilę. - O swoim indyczym życiu to może i coś tam wiem, ale żeby tak o waszym kurzym... to muszę się zastanowić. Przyjdź do mnie jutro wieczorem, może coś wymyślę.

Mama Kwoka nie była zbyt zadowolona, ale co miała zrobić? Wróciła do kurnika na grzędę obok swoich kolorowych kurcząt. Gdy tylko jedno z nich otworzyło dziób, zeby znów zacząć temat, matka wypaliła natychmiast:

- Nie wiem, jak ja wykluwałam z jajka, to się nie zadawało takich pytań! - i dla zabicia czasu orsz zeby mieć trochę świętego spokoju postanowiła zanudzić ich opowieścią o sobie i swoim kurczęcym dzieciństwie, bo to pierwsze przyszło jej do głowy. "Poważnymi tematami zajmiemy się jutro - pomyślała z nadzieją - kiedy indyczka coś wymyśli." W trakcie opowieści kurczaki pospały się.

Następnego dnia wieczorem Mama Kwoka udała się oczywiście czym prędzej do zagrody indyczki, ale spotkało ją tam tylko rozczarowanie.

- Niestety nic nie wymyśliłam - orzekła smutno indyczka. - Miałam za mało czasu, proszę, daj mi jeszcze jeden dzień i przyjdź juro wieczorem.

Mama Kwoka znowu była niezadowolona, ale zgodziła się, a w drodze do kurnika już zastanawiała się, co opowie dzieciom tym, by odwlec rozmowę o jeszcze jeden dzień. Nic innego nie przyszło jej do głowy, więc dalej mówiła o sobie. O tym jak była dorastającą kurką i nie myślała jeszcze, że złoży jajka, z których wyklują się w ogole pisklaki. Kurczęta znowu dość szybko się posnęły.

Nazajutrz wieczorem Mama Kwoka znów poszła do mamy indyczki, lecz znów niestety nie otrzymała dobrych wieści.

- Niestety nadal nic nie wymyśliłam - oznajmiła indyczka, rozkładając skrzydła. - Ale daj mi, proszę, jeszcze ten jeden dzień i przyjdź jutro wieczorem. Jeśli tym razem nic nie wymyślę, to będzie oznaczało, że niestety nie mogę ci pomóc.

Mama Kwoka zgodziła się i tym razem, choć już traciła wszelką nadzieję. Gdy wróciła do kurnika i usiadła na grzędzie obok swych dzieci - zaczęła automatycznie snuć opowieść tam, gdzie uprzednio skończyła - gdy miała właśnie złożyć jajka, z których wyklują się kolorowe kurczaki. Opowiadała więc dalej, pomimo, że młodziaki już przecież dobrze znały tę opowieść. Opowiadała i opowiadała, aż się wszyscy posnęli.

Mama Kwoka wiedziała już, co usłyszy od mamy indyczki - na pewno znowu niczego nie wymyśliła. I była to prawda.

- Jestem indyczką - powiedziała spokojnie. - I nie mam pojęcia, jak to jest być kurą. Przepraszam, ale nie mogę ci pomóc.

Mama Kwoka pokiwała tylko smutno głową i wróciła do kurnika, gdzie czekały już jej kolorowe dzieci. Siadła na grzędę i zaczęła tłumaczyć im się, że niestety nie może spełnić ich prośby, zaś kurczęta popatrzyły na nią ze zdumieniem.

- Przecież wszystko nam już opowiedziałaś - zdiwił się czerwony.

- My już przecież wszystko wiemy! - dodał niebieski.

- Idź spać mamo, bo jesteś już pewnie bardzo zmęczona. - rzucił na koniec troskliwie zielony.

Mama Kwoka zupełnie nic nie rozumiała i zgłupiała do reszty, ale tego wszystkiego było już po stokroć za dużo na jej zmęczony umysł. Nie będzie już więcej niczego próbowała rozumieć, a już na pewno nikogo w niczym się już więcej nie będzie radziła! O, nigdy!

Dała delikatnie buziaka w główkę każdemu ze swych kolorowych potomków i sama wreszcie spokojnie zasnęła.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O Pawiu, który nie był z siebie dumny

Zainspirowana: obrazkiem w szablonie na Wordpess'ie. Zdjęcie jest mojego autorstwa :) Jest takie miasteczko, które całe wygląda jak wielki, piękny ogród. W centrum tego miasteczka znajduje się kościół okalany wspaniałą, bujną roślinnością - otaczają go przeróżne gatunki drzew i kwiatów. W każdej porze roku jest tam zielono i pachnąco. Wierni przychodzący na mszę często zostawali na zewnątrz, by rozkoszować się tym pięknem i bogactwem natury. A cieszyć ich oczy mogły również trzy mieszkające tam pawie. Wszystkie one były piękne i majestatyczne, gdy przechadzały się alejkami ogrodu i rozpościerały swoje wspaniałe ogony. Gwoli ścisłości jednak - tylko dwa pawie chadzały alejkami i prezentowały wiernym swoje opalizująco kolorowe pióra. Trzeci z nich zachowywał się jakoś inaczej - przesiadywał całe dnie wysoko na drzewie, a schodził tylko po to, by posilić się ziarnem rzucanym mu przez kościelnego. Dziwny to był paw i w zasadzie mało kto pamiętał o jego istnieniu. Na mszę do kościoła...

O dwóch kamieniach

  Zainspirowana: kamyczkami na drodze, opowiedział Piotr. To będzie bajka o dwóch kamieniach, posłuchajcie. Gdzieś w Albanii, przy drodze asfaltowej leżał sobie mały kamyczek. Co i raz to jakiś przejeżdżający samochód potrącał go i spychał w jakieś inne miejsce. Czasem zdarzyło się, że jakiś pieszy szedł poboczem i kopnął go przed siebie, albo jakieś dziecko wzięło go w rączkę i rzuciło. Czasem kopnął go osiołek, ciągnący wóz cebuli, a czasem bezpański pies. Trwało to już bardzo długo, kamyczek był przepychany bezwładnie z miejsca na miejsce. Myślał sobie z żalem: "Jestem taki mały, że wszyscy mogą mną pomiatać, to straszne, okropnie jest być takim małym kamyczkiem!" Któregoś razu został tak rzucony w okolice wielkiego wiaduktu. Obił się o niego i leżał nieopodal. Zauważył, że ów wiadukt miał fundament zbudowany z wielkich kamieni. Kamyczek był zachwycony! Powiedział do jednego z nich: "Oh! Ależ ty to jesteś wspaniały! Jesteś taki wielki, nikt tobą nie może pomiatać. ...

O Lisach i Borsukach

  Inspirowana: wzorem na dziecięcym beciku. Był sobie kiedyś las, w którym nigdy jeszcze nie pojawił się człowiek. Mieszkały tam różne stworzonka i stworzenia, a wśród nich także Lisy i Borsuki. Zwierzęta te żyły ze sobą w pełnej zgodzie, a nawet w przyjaźni. Kiedy wśród gęstwiny krzyżowały się ich ścieżki – miło się nawzajem pozdrawiały nim ruszyły w dalszą drogę. Pewnego razu jednak zdarzyło się tak, że w lesie zabrakło zajęcy. Zarówno Lisy, jak i Borsuki są oczywiście drapieżnikami i akurat te małe zwierzątka stanowiły dotąd ich przysmak. Jedne i drugie mogły żywić się jeszcze czymś innym, ale najbardziej upodobały sobie zające. Polowały na nie bez przerwy, przy każdej okazji. Te zaś, gdy zorientowały się w sytuacji – zaczęły uciekać z lasu na pobliskie łąki i pola, a nawet jeszcze dalej, by ratować swoje życie i potomstwo. Każdy bowiem przy zdrowych zmysłach chce na tym świecie przede wszystkim jednego – przetrwać. Odkąd w lesie zabrakło zajęcy – skończy...