Przejdź do głównej zawartości

O Mamie Kwoce i Kolorowych Kurczakach, cz. 1

 


Zainspirowana: matą dla niemowląt.


Było sobie pewne gospodarstwo, na którym mieszkało wiele różnych zwierząt. Między innymi żyła tam rónież pewna Kwoka, która niedawno zniosła jajka, a z nich wykluły się pisklęta. Mama Kwoka złapała się skrzydłami za głowę, kiedy je zobaczyła. Były takie kolorowe! Jedno zielone, drugie czerwone, a trzecie znowuż - niebieskie.

Niestety pozostałym, żółciutkim kuczątkom niespodobali się tacy wielobarwni koledzy i zaczęły im bardzo dokuczać. Podkubywały im ich kolorowe piórka, wyrywały i przykładały sobie do skrzydełek, śmiejąc się w najlepsze.

Mamie Kwoce serce się krajało, gdy widziała krzywdę swych dzieci, ponieważ jednak nie wiedziała, co zrobić - poszła poradzić się gęsi. Jej młodych nikt nigdy nie zaczepiał. Zapytała więc mamę gęś:

- Moje małe kurczątka tak cierpią, ciągle ktoś im dokucza, poradź mi, proszę, co mam z tym zrobić, żebyśmy mieli wreszcie spokój?

- Dokuczają im? - odrzekła mama gęś. - Po rostu jesteś za słaba. Mnie i moim dzieciom nikt nie odważy się dokuczyć! - dodała, rozpościerając na boki swoje ogromne skrzdła. - Wyskub natrętom wszystkie pióra z ogonów, nasycz na nich groźnie i kopnij jeszcze każdego w zadek z całej siły, a już na pewno nie odważą się nigdy dokuczyć nikomu z twojej rodziny.

Mama Kwoka ucieszyła się, że dostała tak dobrą poradę i gdy tylko wróciła do kurzej zagrody, pełna złości, od razu rzuciła się skubać ogony wszystkim żółtym kurczakom. Maluchy były jednak na tyle zwinne, że jej wszystkie uciekły, a kiedy spróbowała na nie nasyczeć najgroźniej jak potrafiła, to z jej krtani wydobył się tylko zabawny, klekoczący odgłos: "khookhookhooo!". Żółte pisklaki, słysząc go - padały ze śmiechu na plecki, wtedy zrozpaczona i wśkiekła Mama Kwoka podbiegała do nich, by przykopać im w kupry, ale tylko się przy tym przewróciła i omal nie wyłamała sobie łapki. Gdy się otrząsnęła z kurzu - stały wokół niej matki tych wszystkich innych pisklaków i srogo na nią patrzyły.

Od tej pory kolorowe dzieci Mamy Kwoki, nie dość że wciąż były co jakiś czas zaczepiane, to jeszcznie nikt ich w zagrodzie nie lubił i nie chciał się z nimi bawić! Mamie Kwoce znów serce krajało się, gdy patrzyła, jak jej maluchy rosną z dnia nadzień i stają się coraz bardziej samotne. "Co ja narobiłam! - pomyślała w panice. - Muszę teraz to wszystko jakoś odkręcić!". Poniewaz jednak znów nie wiedziała, co zrobić - udała się po porad do pięknej mamy perliczki. Jej młode były zawsze bardzo podziwiane i cała jej rodzina cieszyła się w gospodarstwie dużą popularnością.

- Moje małe kurczątka tak cierpią, najpierw ciągle ktoś im dokuczał, a teraz w dodatku jeszcze nikt ich nie lubi, poradź mi, proszę, co mam z tym zrobić, żebyśmy byli wreszcie szczęśliwi?

- Nikt ich nie lubi? - odrzekła mama perliczka. - No i co z tego? - dodała za raz, strosząc swoje nakrapiane piórka. - Myślisz, że ja i moje młode przejmujemy się tym w ogóle, czy ktoś nas lubi, czy nie? Daj sobie spokój z tymi innymi, pospolitymi kurczakami. Twoje dzieci są tak wyjątkowe, że nikogo innego im w życiu nie trzeba. Stroszcie co rano swoje piórka, drwijcie sobie z pospolitości innych kur i noście swoje dzioby zawsze bardzo wysoko! Na pewno wtedy zdobędziecie popularność i szacunek w całym waszym kurniku!

Mama Kwoka poczuła wiatr w skrzydłach! Jak mogła wcześniej o tym nie pomyśleć? Co za wspaniała porada! Wróciła do swojej zagrody i natychmiast nastroszyła piórka swoje i wszystkich swoich dzieci. Obśmiała każdą kurę i każdego zwykłego kurczaka, jakie tylko spotkała i zadarła swój dziób najwyżej jak tylko mogła. Gdy zaś szła tak przed siebie, nie zauważyła korytka z wodą, potknęła się o jego krawędź i wpadła do środka, budząc w ten sposób śmiech wszystkich wokoło.

Po tym wydarzeniu małe kolorowe kurczaki skurczyły się przez to, zawstydziły i zamknęły w sobie jeszcze bardziej niż przedtem. Następnego dnia w ogóle odmówiły wyjścia z kurnika do zagrody, tak bardzo było im wstyd. Mama Kwoka nie poddawała się jednak, każdego ranka, zawsze w południe i każdego wieczora powtarzała im, jak bardzo są wyjątkowe, mierzwiła im piórka i unosiła dzióbki wysoko do góry. Dni jednnak mijały, a ich rodziny, jak nie lubiano, tak nie lubiano. Po jakimś czasie inne kury przestały zupełnie zwracać na nich uwagę. Jakby ich wcale nie było.

Mama Kwoka zupełnie opadła już z sił. Jej maluch dorastały w zaczepkach, niechęci i samotności. Z tych wszystkich kłopotów i zmartwień zaczęły już gubić swoje piękne kolorowe piórka, a Mama Kwoka była przekonana, że to wszystko jej wina! Zupełnie już nie wiedziała, co zrobić i postanowiła udać się do mamy indyczki, która robiła wrażenie takiej, która nie ma żadnych szczególnych zmartnień. "Jeśli ona mi nie pomoże, to chyba już koniec!" - pomyślała w rozpaczy i weszła ostrożnie do indyczej zagrody.

- Moje małe kurczątka tak cierpią - zaczęła zaraz po powitaniu - najpierw ciągle ktoś im dokuczał, potem w dodatku jeszcze nikt ich nie lubił, a teraz nikt nawet nie zwraca na nas uwagi, jakby nas wcale nie było... poradź mi, proszę, co ja mam zrobić, żeby wreszcie wszystko było dobrze? Porady gęsi i perliczki okazały się jak kulą w płot, jesteś moją jedyną nadzieją!

- Nie zauważają was, jakby was wcale nie było? - odrzekła mama indyczka. - Nie widzę żadnego problemu, twoje dzieci mogą po prostu przychodzić bawić się do nas. Widziałam je, mają takie ładne, kolorowe piórka! My też jesteśmy trochę kolorowymi ptakami, powinni się spokojnie dogadać. I nie martw sięjuż tym więcej, Mamo Kwoko, spróbujmy się po prostu zaprzyjaźnić!

Mama Kwoka poczuła taką wielką ulgę, jak nigdy w życiu, jakby z jej serca spadł ogromny głaz. Od tąd po prostu wystarczy spędzać więcej czasu w zagrodzie indyków i wszystko już będzie dobrze. I tak też się stało. Cała jej rodzina została niezwykle ciepło przyjęta wśród nowych przyjaciół i biedna, zmęczona Mama Kwoka mogła wreszcie odpocząć, aż do kolejnego wyzwania, jakie zjawilo się na jej drodze...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O Pawiu, który nie był z siebie dumny

Zainspirowana: obrazkiem w szablonie na Wordpess'ie. Zdjęcie jest mojego autorstwa :) Jest takie miasteczko, które całe wygląda jak wielki, piękny ogród. W centrum tego miasteczka znajduje się kościół okalany wspaniałą, bujną roślinnością - otaczają go przeróżne gatunki drzew i kwiatów. W każdej porze roku jest tam zielono i pachnąco. Wierni przychodzący na mszę często zostawali na zewnątrz, by rozkoszować się tym pięknem i bogactwem natury. A cieszyć ich oczy mogły również trzy mieszkające tam pawie. Wszystkie one były piękne i majestatyczne, gdy przechadzały się alejkami ogrodu i rozpościerały swoje wspaniałe ogony. Gwoli ścisłości jednak - tylko dwa pawie chadzały alejkami i prezentowały wiernym swoje opalizująco kolorowe pióra. Trzeci z nich zachowywał się jakoś inaczej - przesiadywał całe dnie wysoko na drzewie, a schodził tylko po to, by posilić się ziarnem rzucanym mu przez kościelnego. Dziwny to był paw i w zasadzie mało kto pamiętał o jego istnieniu. Na mszę do kościoła...

O dwóch kamieniach

  Zainspirowana: kamyczkami na drodze, opowiedział Piotr. To będzie bajka o dwóch kamieniach, posłuchajcie. Gdzieś w Albanii, przy drodze asfaltowej leżał sobie mały kamyczek. Co i raz to jakiś przejeżdżający samochód potrącał go i spychał w jakieś inne miejsce. Czasem zdarzyło się, że jakiś pieszy szedł poboczem i kopnął go przed siebie, albo jakieś dziecko wzięło go w rączkę i rzuciło. Czasem kopnął go osiołek, ciągnący wóz cebuli, a czasem bezpański pies. Trwało to już bardzo długo, kamyczek był przepychany bezwładnie z miejsca na miejsce. Myślał sobie z żalem: "Jestem taki mały, że wszyscy mogą mną pomiatać, to straszne, okropnie jest być takim małym kamyczkiem!" Któregoś razu został tak rzucony w okolice wielkiego wiaduktu. Obił się o niego i leżał nieopodal. Zauważył, że ów wiadukt miał fundament zbudowany z wielkich kamieni. Kamyczek był zachwycony! Powiedział do jednego z nich: "Oh! Ależ ty to jesteś wspaniały! Jesteś taki wielki, nikt tobą nie może pomiatać. ...

O Lisach i Borsukach

  Inspirowana: wzorem na dziecięcym beciku. Był sobie kiedyś las, w którym nigdy jeszcze nie pojawił się człowiek. Mieszkały tam różne stworzonka i stworzenia, a wśród nich także Lisy i Borsuki. Zwierzęta te żyły ze sobą w pełnej zgodzie, a nawet w przyjaźni. Kiedy wśród gęstwiny krzyżowały się ich ścieżki – miło się nawzajem pozdrawiały nim ruszyły w dalszą drogę. Pewnego razu jednak zdarzyło się tak, że w lesie zabrakło zajęcy. Zarówno Lisy, jak i Borsuki są oczywiście drapieżnikami i akurat te małe zwierzątka stanowiły dotąd ich przysmak. Jedne i drugie mogły żywić się jeszcze czymś innym, ale najbardziej upodobały sobie zające. Polowały na nie bez przerwy, przy każdej okazji. Te zaś, gdy zorientowały się w sytuacji – zaczęły uciekać z lasu na pobliskie łąki i pola, a nawet jeszcze dalej, by ratować swoje życie i potomstwo. Każdy bowiem przy zdrowych zmysłach chce na tym świecie przede wszystkim jednego – przetrwać. Odkąd w lesie zabrakło zajęcy – skończy...