Przejdź do głównej zawartości

O dobrym drzewku pomarańczowym

 


Zainspirowana: drzewkiem w doniczce, które otrzymaliśmy z mężem jako prezent ślubny

Jakiś czas temu w Hiszpanii mieszkała sobie rodzina, którą spotkało
wielkie nieszczęście. Rodzice mieli jedną dorosłą córkę. Dziewczyna
wciąż jeszcze mieszkała z nimi, choć od jakiegoś czasu bardzo pragnęła
się wyprowadzić i zacząć własne życie. Zawsze jednak coś stanowiło dla
niej przeszkodę: a to chciała jeszcze skończyć jakąś szkołę, a to jeszcze
pomagała w pielęgnacji ogrodu, a to jeszcze znalazła pracę niedaleko
rodzinnego domu, a to pomyślała sobie, że “może od przyszłego roku…”, a
to się akurat zbliżaly jakieś święta…
I tak lata mijały i dziewczyna ciągle się nie wyprowadzała. Jej
rodzinny dom posiadał przepiękny ogród, prawdopodobnie najpiękniejszy
w całej wsi. A w tym ogrodzie rosło najpiękniejsze drzewko
pomarańczowe. Owoce z tego drzewka były niezwykle dorodne, każdy we
wsi zwracał uwagę na to drzewko, jeden z zazdrością, a drugi z
zachwytem.
Lata zatem mijały, aż w rodzinie wydarzyło się wielkie nieszczęście.
Matka nagle zachorowała na śmiertelną chorobę. Nie zostało jej wiele
czasu, ale w ciągu swojego ostatniego miesiąca życia zdołała powiedzieć
do córki te słowa: “śpiesz się kochać życie”, a kilka dni potem umarła.
Dziewczyna przepłakała siedem dni i siedem nocy po stracie ukochanej
matki, zaś drzewko pomarańczowe obrodziło tego roku jeszcze piękniej
niż zwykle. Płakało wraz ze swoją opiekunką pomarańczowymi łzami.
Lata ponownie mijały, żyła dziewczyna wciąż u boku swego ojca, jak
bowiem mogła opuścić go w takim momencie? Pomyślała sobie, że gdy
tylko zakończy się żałoba – pójdzie dalej w swoje życie. A tymczasem ich
wspólne dni przepełnione były spokojną, cichą monotonią, aż przydarzyło
im się kolejne nieszczęście. Śmiertelna choroba dosięgła również i ojca
dziewczyny. Nie pozostało i jemu zbyt wiele czasu, ale w czasie swojego
ostatniego tygodnia życia zdążył jeszcze powiedzieć do córki: “teraz już
życie jest twoje, śpiesz się kochać siebie” i kilka godzin potem zmarł.
Dziewczyna przepłakała czternaście dni i czternaście nocy, bo straciła
ukochanego ojca i została całkiem sama na świecie, a drzewko
pomarańczowe płakało wraz z nią pomarańczowymi łzami, wydając na
świat jeszcze piękniejsze owoce, choć nie wydawało się to już możliwe.
Lata wciąż nieubłaganie mijały, a dziewczyna opiekowała się domem
rodzinnym, wielkim, pięknym ogrodem i najwspanialszym w całej wsi
drzewkiem pomarańczowym, które z miłości do swej opiekunki rodziło
pełne kosze najdoskonalszych, najsmaczniejszych, najbardziej wonnych i
soczystych owoców, jakie widziano w całej Hiszpanii. “To prawdziwa żyła
owocowego złota!” – powiadali ludzie wokoło i każdy chciał w skrytości
ducha również posiadać takie drzewko: jeden z zazdrości, a drugi z
zachwytu. Ci zaś, którzy chcieli je mieć z rządzy zysku – proponowali
dziewczynie bajońskie sumy w zamian za dom, ogród, no i przede
wszystkim to cudowne drzewko. Za pieniądze, które jej oferowali
mogłaby zwiedzić cały świat! Nigdy już nie musiałaby pracować, niczego
by jej nigdy nie brakowało, mogłaby rozwijać każdą dowolną pasję, jaką
tylko sobie wymarzy. Ona jednak odmawiała każdemu z nich, no bo jak
mogłaby porzucić ukochane drzewko pomarańczowe, które było dla niej
tak dobre?
Minęło znów kilka lat, dziewczyna obdarowywała koszami owoców
hojnie wszystkich ludzi we wsi, aż w końcu i ją spotkało nieszczęście.
Zmarła na śmiertelną chorobę, a przed śmiercią zdążyła tylko powiedzieć
sama do siebie: “teraz umieram, ale nie wiem nawet, czy w ogóle żyłam”.
Po śmierci dziewczyny posiadłość przeszła w ręce kolejnych
spadkobierców, którzy już ostrzyli sobie zęby na zyski ze sprzedaży
najlepszych na świecie pomarańczy. Musieli jednak obejść się smakiem,
bo drzewko pomarańczowe, szybko po śmierci swej opiekunki zaczęło
marnieć. Rodziło coraz mniej i mniej, a owoce były coraz gorszej jakości.
Nowy właściciel był wściekły. Niebawem porzucił nowonabytą posiadłość
i pozostawił ją na pastwę losu, by zmarniała do reszty.
Po wielu miesiącach koło ogrodu przechadzał się chłopiec. Nie
pamiętał dawnej świetności tego miejsca, ani też nie znał jego historii,
więc gdy zajrzał ciekawsko do ogrodu przez płot – ujrzał coś
nieprawdopodobnego: zupełnie suche, zmarniałe drzewo, na którym
wisiała jedna, piękna, niezwykle dorodna pomarańcza. Ślinka pociekła mu
z ust na samą myśl o tym, jaka musi być smaczna! Niewiele myśląc
chłopiec przeskoczył przez płot, złapał pomarańczę w obie dłonie i
popędził biegiem do domu. Zasiadł radośnie na hamaku, rozkoszując się
widokiem zdobycznego owocu. Zjadł go z rozkoszą, a jedyną pestkę, jaką
w nim znalazł wypluł daleko przed siebie i pobiegł do domu. Czy wyrosło
z niej nowe drzewko pomarańczowe, które było tak dobre? Tego niestety
nie wiemy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O Pawiu, który nie był z siebie dumny

Zainspirowana: obrazkiem w szablonie na Wordpess'ie. Zdjęcie jest mojego autorstwa :) Jest takie miasteczko, które całe wygląda jak wielki, piękny ogród. W centrum tego miasteczka znajduje się kościół okalany wspaniałą, bujną roślinnością - otaczają go przeróżne gatunki drzew i kwiatów. W każdej porze roku jest tam zielono i pachnąco. Wierni przychodzący na mszę często zostawali na zewnątrz, by rozkoszować się tym pięknem i bogactwem natury. A cieszyć ich oczy mogły również trzy mieszkające tam pawie. Wszystkie one były piękne i majestatyczne, gdy przechadzały się alejkami ogrodu i rozpościerały swoje wspaniałe ogony. Gwoli ścisłości jednak - tylko dwa pawie chadzały alejkami i prezentowały wiernym swoje opalizująco kolorowe pióra. Trzeci z nich zachowywał się jakoś inaczej - przesiadywał całe dnie wysoko na drzewie, a schodził tylko po to, by posilić się ziarnem rzucanym mu przez kościelnego. Dziwny to był paw i w zasadzie mało kto pamiętał o jego istnieniu. Na mszę do kościoła...

O dwóch kamieniach

  Zainspirowana: kamyczkami na drodze, opowiedział Piotr. To będzie bajka o dwóch kamieniach, posłuchajcie. Gdzieś w Albanii, przy drodze asfaltowej leżał sobie mały kamyczek. Co i raz to jakiś przejeżdżający samochód potrącał go i spychał w jakieś inne miejsce. Czasem zdarzyło się, że jakiś pieszy szedł poboczem i kopnął go przed siebie, albo jakieś dziecko wzięło go w rączkę i rzuciło. Czasem kopnął go osiołek, ciągnący wóz cebuli, a czasem bezpański pies. Trwało to już bardzo długo, kamyczek był przepychany bezwładnie z miejsca na miejsce. Myślał sobie z żalem: "Jestem taki mały, że wszyscy mogą mną pomiatać, to straszne, okropnie jest być takim małym kamyczkiem!" Któregoś razu został tak rzucony w okolice wielkiego wiaduktu. Obił się o niego i leżał nieopodal. Zauważył, że ów wiadukt miał fundament zbudowany z wielkich kamieni. Kamyczek był zachwycony! Powiedział do jednego z nich: "Oh! Ależ ty to jesteś wspaniały! Jesteś taki wielki, nikt tobą nie może pomiatać. ...

O Lisach i Borsukach

  Inspirowana: wzorem na dziecięcym beciku. Był sobie kiedyś las, w którym nigdy jeszcze nie pojawił się człowiek. Mieszkały tam różne stworzonka i stworzenia, a wśród nich także Lisy i Borsuki. Zwierzęta te żyły ze sobą w pełnej zgodzie, a nawet w przyjaźni. Kiedy wśród gęstwiny krzyżowały się ich ścieżki – miło się nawzajem pozdrawiały nim ruszyły w dalszą drogę. Pewnego razu jednak zdarzyło się tak, że w lesie zabrakło zajęcy. Zarówno Lisy, jak i Borsuki są oczywiście drapieżnikami i akurat te małe zwierzątka stanowiły dotąd ich przysmak. Jedne i drugie mogły żywić się jeszcze czymś innym, ale najbardziej upodobały sobie zające. Polowały na nie bez przerwy, przy każdej okazji. Te zaś, gdy zorientowały się w sytuacji – zaczęły uciekać z lasu na pobliskie łąki i pola, a nawet jeszcze dalej, by ratować swoje życie i potomstwo. Każdy bowiem przy zdrowych zmysłach chce na tym świecie przede wszystkim jednego – przetrwać. Odkąd w lesie zabrakło zajęcy – skończy...